poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Wpierdol ósmy - Tenacious Din the Pick of Destiny












































Pick of Destiny - film, którego punktem kulminacyjnym jest naciśnięcie przycisku kutasem. to wiele mówi o tej produkcji i niestety mówi bardzo źle, choć film jest przyzwoity. to znaczy mógłby takim być, gdyby nie niuanse, o których będę tu pierniczył. Jack Jaką-by-tu-teraz-pierdolnąć-minę Black to niuans numer jeden. na przekór szerokiemu gronu miłośników tego ziutka - nie przekonuje mnie amerykańska szkoła komediowej gry z filmów klasy American Pie, jaką prezentuje Black. to z resztą jest gwóźdź trumniany tamtejszej komedii - jesteś pierdolnięty i robisz śmieszne miny? doskonale! zagrasz w naszym filmie główną rolę. aktorstwa nauczysz się w trakcie kręcenia albo wcale. no więc chodzi ten Jack Black i czesze grymasy jak obłąkany. inna sprawa to humor w gagach rozmaitej treści. wygląda na to, że scenariusz pisało kilku ziomków - jeden miłośnik Benny Hilla, jeden optujący za humorem absurdalnym, jeszcze jeden chowany na amerykańskich komediach dla nastolatków, takich jak wiadomo co. rezultat tego jest taki, że jeśli nie jesteś deklem śmiejącym się co chwila i z byle czego, to w tym filmie rozbawi cię może co dziesiąty gag, częściej zaś poczujesz się zniesmaczony (przywołany już motyw z pytą) lub niczym Matoł będziesz intensywnie pocierał czoło, próbując wywołać bijący z oczu promień śmierci, który rozpierdoli telewizor. trzecia rzecz - niespełnione obietnice składane przez realizatorów tegoż filmidła. w pierwszych sekundach na ekranie pojawia się Meat Loaf, za chwilę z plakatu wyziera Dio, zacieram więc łapy, bo uwielbiam takie smaczki, tymczasem na tych postaciach kończy się cameo postaci świata metalu. jest jeszcze Dave Grohl, ale oddam moją basówkę temu, kto go rozpoznał pod tymi maskami i farbami. jeśli film wypiernicza swoje najlepsze atuty na pierwsze 5 minut, to potem wieje nudą okropiczną i rozczarowaniem. główną bolączką filmu jest wspomniane szafowanie gagami w proporcjach "9 chujowych - 1 fajny". James Dio śpiewa piosenkę - fajnie! Jack Black zaraz po nim - chujowo. chuj po stokroć! generalnie może i warto przyczaić sobie tę produkcję ze względu na tych parę naprawdę smacznych żartów, resztę gagów można pominąć, pożytkując czas na żarcie grzybów i picie absyntu, co z resztą mogłoby sprawić, że film zyskałby parę oczek wyżej. a bez tego jest 5/10

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Wpierdol siódmy - After The Sunset






































After The Sunset - o jezu... fabułą zaskakująca jak grudniowe śniegi dla drogowców, harrelson wyglądający jak wojtek cejrowski, brosnan zupełnie bez wyrazu i salma hayek porażająca swoim dziwacznym akcentem i grą aktorską prosto z castingu do pierwszej miłości. sensacyjny film zupełnie bez sensacji, wątki humorystyczne śmieszne jak zepsute pierogi w lodówce i na poziomie gejowskich żartów kuby wojewódzkiego. do tego typowe filmowe wtopy logiczne: bohaterowie płyną łodzią na ryby z prowiantem, którym jest 8 heinekenów w lodówce. z tej wyprawy wracają narąbani tak, że nie mogą ustać na nogach. jest więcej takich kwiatków. harrelson, agent fbi, uwięziony w turbopancernym samochodzie, oddaje strzał w szybę. rykoszetująca kula mija go o włosy. mondre i simieszne. sceny łóżkowe w tym filmie zaczynają się jak w tanich pornolach - "pani tak sama na grzybach?", "no tak" i za chwilę już się tarzają w pościelach. generalnie może nie jest to jakaś sraka totalna, ale szkoda wieczoru na filmy tego pokroju. 4/10

Wpierdol szósty - Seksmisja














































SEKSMISJA - zastanawiam się, czy gdyby tego filmu nie zrobili polacy, to też byłby taki 'kultowy'. chwiejąca się scenografia, aktorstwo, poza głównymi postaciami, to drewno i beton okropny, rekwizyty w stylu tych zmutowanych zająców to w ogóle jest totalne przedszkole i amatorszczyzna, humor w dialogach okej, ale ten wpieprzający się ni z gruchy ni z pitruchy slapstick to jakieś nieporozumienie (gość wjebał nogę w wiadro, laska nadepnęła na szczotkę i dostała dyszlem w głowę), ścieżka dźwiękowa - mogli by nią torturować więźniów w głantanamo. plus kilo jakichś dziwacznych i nieuzasadnionych patentów, jak ten motyw co laska rzuca strzałkami w tarczę za bohaterami i oblizuje plastikowe lotki. O CO TU CHODZI?! no i lamia - ja pierniczę, jaka ona brzydka jest! na szczęście emma fajna dupencja, tylko oczywiście drętwa jak nogi paralityka. no i ten fiut pod napisami końcowymi... ja pierdolę, niech mi ktoś wyjaśni, po co to jest? dla kogo to jest zrobione? dla księdza pedofila? kurwa litości... przepraszam za te werbalne ekskrementy. niedoinwestowanie i tanizna wyłazi tutaj zewsząd. studenci i gość zapowiadający filmy na polsacie zawsze się będą jarać tym filmem. mógł być z tego fajny film, ale zrobili go polacy i wyszło... hmmm... 'kultowo'.

Piąty wpierdol (krótki i bolesny) - Big Stan




































Big Stan - o kurde tylko nie to... wytrzymałem na tym śmiesznym inaczej filmie może z 10 minut, resztę obejrzałem na przewijaniu. najbardziej pojebane gagi z jackassa to przy tym filmie wielce wysublimowany humor. przykład? gość chce, żeby mu jego laska rozepchała odbyt wibratorem, żeby go mniej bolało jak go w pudle będą dymać. to naprawdę jest zabawne? z tego śmieją się ludzie na komediach? ten film jest tak zjebany, że nawet nie zasługuje na ocenę.

Wpierdol czwarty - Roboty






























ROBOTS - najpierw - co dobrego jest w tym filmie: jest rewelacyjnie zrobiony. postacie, otoczenie, pojazdy są wykonane naprawdę doskonale i zdarzało mi się zapodać stopklatkę by przyczaić, jak co jest narysowane. poza tym fajne jest jeszcze... NIC! gówno. film jest disnejowski do potęgi n-tej, całki, silni i reszty tych matematycznych bzdetów. potwierdzenie tezy, że kiedyś efekty specjalne były dodatkiem do filmu, a teraz robi się zupełnie odwrotnie. o fabule można napisać tyle, że jest dobry ziomek z marzeniami i zły, który chce mu je odebrać. na końcu oczywiście ten pierwszy wyciera tym drugim podłogę i żyją długo i szczęśliwie. brzmi znajomo! oczywiście że tak! to fabuła na trylion filmów, które już zostały zrobione przed 'robotami'. już sam tytuł mówi wiele, jeśli nie wszystko, o tej produkcji. 'roboty'! normalnie jak oni na to wpadli, żeby film o robotach zatytułować 'roboty'?! normalnie mistrzowie kreatywnego myślenia. powiesz 'hans, ty stary dziadzie, toż to film dla dzieciaków, a ty się czepiasz'. a i owszem, czepiam się, bo 'zrobiony dla dzieciaków' nie równa się 'byle jaki, wtórny, rysowany krechą grubą jak wity Popeya i robiący z widza totalnego dekla, któremu nie przeszkadzają scenariusze totalnie wyprane z oryginalności'. w oryginale można se posłuchać przynajmniej fajnych aktorów podkładających głosy pod blaszaki: mc gregor, berry, brooks, carrey, ale to tylko dla tych, co się jarają takimi smaczkami. ja się nie jaram i daję 1/10 za pomysł i 9/10 za realizację, to w sumie wychodzi jakieś 4,5/10.

Wpierdol Trzeci - Zohan








































Zohan - podszedłem do tego filmu jako do głupio-śmiesznego i nawet z takim nastawieniem czułem bulgoczącą żenadą oglądając to gówno. żartów starczyło na pierwsze pół godziny, a jako że film ma prawie 2h, potem jest okropna nuda i nędza. na prawdę, mówię poważnie - spokojnie możesz zakończyć oglądanie tego filmu po dwóch kwadransach. przez ten czas ujrzysz nawet fajnie zrealizowaną scenę walki i kilka przyzwoitych gagów wartych nagrodzenia szerokim uśmiechem. potem, jeśli jeszcze nie widziałeś tej celuloidowej sraki, daruj sobie oglądanie. aktorstwo sandlera to popierdalanie non stop z uniesionymi brwiami niczym po aplikowaniu czopków. nie wiem, gdzie on się tego nauczył, ale chyba taka magia amerykańskich komedii, adresowanych przeważnie do mieszkańców krainy ziszczających się snów. jeśli jesteś debem i słabo ci idzie, ale bardzo, bardzo, naprawdę bardzo czegoś chcesz (na przykład zagrać w nieśmiesznej komedii), to ci się to uda. wracając jednak do filmu - drewniane moralitety na temat konfliktu palestyna - izrael to naprawdę chujowy motyw do wrzucania w tak durną komedię, ale widocznie producent tegoż obrazu uznał, że jednak fajnie jest się z tego pośmiać a na końcu powiedzieć, że przemoc jest be i tak na prawdę wszyscy się kochają. no ja pierdolę. dalej, jak już przetrawiłem to, że oglądam film z sandlerem, to pojawił się ten jebany schneider, a gdy myślałem, że to już koniec katorgi, pojawiła się maria carey. jeśli są w istocie jakieś kręgi piekła i w najgłębszym z nich katowani są najwięksi grzesznicy, to na pewno, na pewno męki te polegają na obcowaniu z twórczością i osobowością tej pokraki z ryjem jak u salamandry. jeśli ma mnie po śmierci spotkać taki los, to boże! żałuję wszystkich grzechów! żeby nie przedłużać - ten film to totalne bezguście, sraka tysiąc i paździerz. stracone 2 godziny. 0.5/10 za pomysł zrobienia komedii o ex-terrorysto-agentach, który zmarnowano.

że też się na to porwałem...

poniedziałek, 29 marca 2010

Wpierdol Drugi - Fun With Dick And Jane


































FUN WITH DICK AND JANE - nie nie nie, po stokroć nie. ten film to sraka, zabawny jak jajo bez żółtka. główny motyw - upadek wielkiej firmy - dość wdzięczny, ale zrealizowany paściarsko i bez pomysłu. kolejne sceny wymyślane na kolanie, bez żadnego ciągu logicznego. w jednej scenie bankrutuje firma, w drugiej bohaterowie szukają pracy, potem rabują banki, a na końcu sprawcę krachu ich dotychczasowego miejsca zatrudnienia. brzmi nawet składnie, ale nakręcone jest tak, że główna para mogłaby równie dobrze pojechać w kosmos na rowerach - znaczy się chaotycznie, bezsensownie, nieśmiesznie. rozumiem, że to komedia i postacie mogą zachowywać się w niedorzeczny sposób, ale tu niedorzecznie zachowuje się tylko główny bohater, reszta jest normalna. pewnie dlatego, że gra go Jim Carey - jedyny człowiek na ziemi z ADHD twarzy. w dodatku jego gra jest tak kwadratowa, że żadne metafory tego nie wyrażą. jedyne co przychodzi mi na myśl, żeby to opisać, to 'boli mnie twarz od tych wygłupów' albo 'o matko, ale bolesna erekcja!'. wygląda to debilnie - chyba nie muszę wyjaśniać. nigdy nie mogłem się przekonać do tego aktora i stwierdzam, że kolejne jego filmy to coraz gorsze kakosraki. wracając jednak do filmu - nie utkwił mi ani jeden zabawny motyw, a przecież to jest komedia (podobno). przykład zabawnej sceny: wchodzą do budynku, które mają okraść, gość się pyta żony 'gdzie jest to biuro', bo nie widzi, że za nim na ścianie wisi spis wszystkich pokoi z numerami. śmieszne? strasznie. tak wyglądają gagi w tymi filmie. gość dostaje w mordę, puchnie mu szczęka i 'śmiesznie' mówi. w dodatku fakt, iż bełkoce, określany jest filmie mianem 'dziwny akcent', ze wskazaniem na mowę obecnych tamże meksykańców, do których bohater zostaje zakwalifikowany na podstawie jego mowy. normalnie ubaw nie z tej ziemi. Allen by to zrobił trylion razy lepiej i byłby pewnie to oszczędnie zrealizowany, smaczny, stonowany film ze zrównoważonymi psychicznie aktorami, a tak jest gówno z Carreyem, który chyba według zamysłu producenta miał nadrobić wszystkie braki realizacyjne, ale nie dał rady, bo jest najzwyczajniej w świecie wypalony. strata czasu. 0/10.

P.S.: jeśli to jest oficjalny plakat tego filmu, to daję jeszcze jeden punk ujemny. -1/10 i chuj!